Każdego roku w połowie stycznia władze i mieszkańcy Pszczyny oddają hołd niewinnym ofiarom największego z tzw. marszów śmierci, który w 1945 roku przeszedł przez niektóre miejscowości ziemi pszczyńskiej. Ten dramatyczny rozdział II wojny światowej na trwałe odcisnął się w historii regionu – zarówno w pamięci mieszkańców, jak i poprzez obecność zbiorowych mogił ofiar. Jedna z nich, znajdująca się na pszczyńskim cmentarzu św. Krzyża, kryje szczątki ok. 135 bezimiennych więźniów i więźniarek. Ich losy symbolizują ogrom cierpienia, jakie stało się udziałem niewinnych ludzi zmuszonych do morderczego przemarszu w niezwykle skrajnych warunkach.
W 2020 roku udało mi się przywrócić tożsamość dwóm spoczywającym w Pszczynie, dotychczas bezimiennym ofiarom marszu śmierci z KL Auschwitz-Birkenau: Barbarze Góreckiej z Warszawy i Magdalenie Goedkoop z Amsterdamu, obu zamordowanym 19 stycznia 1945 roku w Ćwiklicach. Upamiętnienie ich nie jest jedynie gestem wobec przeszłości, ale także próbą przywrócenia tożsamości i godności ludziom, którzy zostali zredukowani do obozowych numerów. Każdy krok w stronę identyfikacji ofiar i odkrycia ich historii to symboliczny akt sprzeciwu wobec zapomnienia, które jest ostatnim etapem dehumanizacji.
Tło historyczne
Od 17 do 21 stycznia 1945 roku z niemieckiego obozu Auschwitz-Birkenau i jego 27 podobozów wyprowadzono ok. 56 tys. więźniarek i więźniów w pieszych kolumnach ewakuacyjnych. 18 stycznia z obozu macierzystego w morderczą drogę wyruszyło ok. 25 tys. nieszczęśników, których kolumny skierowano na 63-kilometrową trasę do Wodzisławia Śląskiego (Loslau). Droga ta, odbywana pieszo w ekstremalnych warunkach zimowych, stała się dla wielu ostatnim etapem życia. Wyczerpani więźniowie, bez odpowiedniego ubrania i jedzenia, maszerowali w morderczym tempie, pod groźbą natychmiastowej egzekucji za najmniejsze oznaki oporu lub osłabienia.
Trasa ewakuacji naznaczona była cierpieniem i śmiercią – ci, którzy nie nadążali za kolumną, byli bezlitośnie mordowani przez eskortujących ich strażników. Na trasie marszu pozostały ciała tych, którzy nie zdołali dotrzeć do celu. Świadkowie tych wydarzeń niejednokrotnie starali się pomagać więźniom, ryzykując własne życie, co również stanowi ważną część tej tragicznej historii. Marsze Śmierci z KL Auschwitz-Birkenau stały się jednym z symboli końcowej fazy niemieckiego ludobójstwa – aktem desperacji oprawców, którzy w obliczu nieuchronnej klęski próbowali zatrzeć ślady swoich zbrodni, nie cofając się jednak przed kolejnymi zbrodniami na niewinnych ludziach.
Jedna z tras morderczego przemarszu wiodła przez Pszczynę i sąsiadujące z nią wsie, podczas której wielu z więźniów i więźniarek poniosło śmierć z wycieczenia i od kul esesmańskich konwojentów. W Ćwiklicach leżące w śniegu zmasakrowane zwłoki zebrano dopiero po czterech dniach. Ofiary zwieziono i pogrzebano na skraju lasu Brzezina, gdzie za sprawą miejscowego proboszcza ks. Józefa Gawora i przedwojennego kierownika szkoły Józefa Swadźby, potajemnie spisano obozowe numery 35 spośród 51 pomordowanych. Po zakończeniu wojny szczegółową relację z tego czasu zawarto w kronice miejscowej szkoły podstawowej. Wklejono do niej także sześć bardzo drastycznych zdjęć pomordowanych autorstwa pszczyńskiego fotografa Michała Święcha, któremu pierwotnie udało się sfotografować wszystkich zamęczonych. Poniżej prezentuję jedno z nich. Pozostałych pięciu – ze względu na szacunek dla ofiar – nie zdecydowałem się publikować w przestrzeni internetowej.

Relacja Antoniego Grzywy
Jednym z naocznych świadków przemarszu więźniów przez Ćwiklice był Antoni Grzywa, który po wojnie sporządził trzystronicową, szczegółową relację z tych tragicznych wydarzeń. Ze względu na jej unikalny charakter i ogromną wartość historyczną, przytaczam to świadectwo w całości – jako wyraz pamięci i przestrogi dla przyszłych pokoleń:
Brzemienny w skutki był początek 1945 roku. Mieszkańcy wsi Ćwiklice i Rudołtowice ze wzrastającą nadzieją patrzyli w najbliższą, nadchodzącą przyszłość.
Wiadomości nadchodzące z frontów II wojny światowej pozwalały przypuszczać, że dni panowania hitlerowców na ziemiach polskich są już policzone. Zanim to jednak miało nastąpić, mieszkańcy tych wiosek mieli być świadkami jednej z najpotworniejszych zbrodni – zbrodni ludobójstwa popełnianej na więźniach obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, ewakuowanych w głąb Niemiec.
W dniu 17-go stycznia 1945 roku, około 15 000 – 20 000 więźniów, z przewagą kobiet, zostało zmuszonych do wymarszu z obozu oświęcimskiego szosą wiodącą przez Brzeszcze – Jawiszowice – Górę – Miedźną – Ćwiklice – Pszczynę na zachód, do innych obozów koncentracyjnych położonych w głębi Rzeszy.
Straszny to był pochód, którego byłem świadkiem (jeździłem wzdłuż trasy od godz. 17 do 23). Ogromna ludzka masa, stłoczona w ciasnych szeregach, wlokła się resztkami sił w nieznane, nieświadoma swego losu, niepewna swego życia, choćby na najbliższe chwile. Wynędzniali, zmarznięci, zgłodniali i chorzy, przy piętnastostopniowym mrozie, szli zwartą masą, w miarę możliwości pomagając sobie wzajemnie, złączeni wspólną niedolą, zdani na łaskę, a raczej niełaskę towarzyszących im strażników obozowych z formacji SS i sfory groźnych, specjalnie do tego wytresowanych psów.
Wieczorem, około 17-tej godziny pochód dotarł do centrum Ćwiklic. Po całodziennym marszu wyczerpani do granic wytrzymałości więźniowie części pochodu zostali około godziny 20-tej zakwaterowani pod gołym niebem na podwórkach okolicznych gospodarstw. Inni prowadzeni byli dalej. Za szczęśliwców uważali się ci więźniowie, którym udało się rozlokować na noc na gnojowisku lub odrobinie słomy. „Utrudzeni” członkowie SS-mańskiej eskorty rozlokowali się po okolicznych domach, a sztab w ewakuowanej uprzednio plebanii, gdzie orgie wesołego ubawu trwały do samego rana.
Z nadejściem dnia pochód ruszył w dalszą drogę w kierunku Pszczyny. Najstraszniejsze jednak rzeczy działy się na trasie samego pochodu. Wielu więźniów nie było w stanie kontynuować marszu i mimo pomocy współtowarzyszy niedoli upadało na drogę. W takich wypadkach los tych nieszczęśników był już przesądzony. Kto upadł, ten był natychmiast uśmiercany strzałem, lub uderzeniem kolbą karabinu w tył głowy przez najbliżej znajdującego się strażnika. Bywały wypadki, że dogorywające ofiary szczuto psami, które posłusznie swym panom dokonywały ostatecznej formalności dobijania więźniów. Przerażający był plon tych ekscesów.
Po przejściu pochodu przez odcinek drogi liczący około 5 km, zamknięty w terytorialnych granicach Ćwiklic, na trasie pozostały zwłoki 42 ofiar. Cała trasa pochodu zasłana była mnóstwem drobnych przedmiotów osobistego użytku więźniów, którzy dla ulżenia sobie odrzucali je, uważając je za niepotrzebny i zbędny balast. Okropny to był widok. Kto go widział, ten nie jest w stanie go zapomnieć, natomiast ten kto tego nie widział nie jest zdolnych do wyobrażenia sobie tego we właściwej grozie i okropności.
Ponieważ we wsi działały jeszcze miejscowe niemieckie władze administracyjne, na ich rozkaz spędzono kilku miejscowych mężczyzn, którym polecono sprzątnąć trupy pomordowanych i pogrzebać je w masowej mogile pod lasem zwanym „Brzeziny” w sąsiedztwie grobów poległych w kampanii wrześniowej żołnierzy polskich. Grupa ludzi, której zadaniem było pogrzebanie pomordowanych, liczyła około osiem osób. Wśród nich znajdował się miejscowy grabarz Józef Czembor oraz Antoni Głąb, Cofała i inni. Do grupy tej dołączyli się później ob. Święch, fotograf z Pszczyny, ob. Józef Swadźba, kierownik szkoły z Ćwiklic oraz ob. Antoni Grzywa z Ćwiklic. Ludzie ci, znani i ofiarni podczas okupacji działacze polscy, w obliczu dokonanej zbrodni ludobójstwa, postanowili ten fakt udokumentować przez sporządzenie autentycznych zdjęć fotograficznych, by dać świadectwo potwornej prawdzie i by zbrodnia ta nie poszła w zapomnienie.
Potajemnie, pod bokiem władz niemieckich, z ogromnym narażeniem własnego życia, trójka tych bohaterskich ludzi wykonała sześć autentycznych zdjęć, które w pełni oddają grozę tego czynu i są świadectwem właściwego oblicza hitlerowskiego faszyzmu. Zdjęcia te pod względem technicznego wykonania na pewno nie są doskonałe, są mało czytelne i niezbyt wyraźne, ale to dodatkowo tłumaczy sytuację w jakiej one były robione i jak wielką one w tej chwili posiadają wartość świadcząc przeciw tym, którym marzyła się „Tysiącletnia Rzesza” z jej „Herrenvolkiem” na czele.
Serdeczne podziękowania kieruję do pani Danuty Mrozek, córki Antoniego Grzywy, za udostępnienie tego cennego dokumentu.
27 marca 1952 roku na pszczyńskim cmentarzu św. Krzyża odsłonięto bratnią mogiłę ofiar marszu, w której złożono szczątki ekshumowane z Ćwiklic (51), Poręby (20), Radostowic (10?), Branicy (9), Suszca-Łęgu (27) i samej Pszczyny (20?). Dokumentacja z eksumacji z Ćwiklic, oparta na zapiskach z kroniki szkolnej, wymienia następujące dane:

Na powstałej w 1952 roku mogile znajduje się ufundowany przez pszczynian pomnik z dwiema granitowymi tablicami: pierwsza upamiętnia zbiorczo i bezimiennie wszystkich pomordowanych, druga – dodana w 2011 roku – oddaje cześć najmłodszej ofierze marszu, dziewięciodniowemu Ireneuszowi, synowi Leokadii Rowińskiej, urodzonemu 21 stycznia 1945 roku w porębskim dworze po udanej ucieczce jego matki z konwoju. Dzisiaj jest to jedyna upamiętniona z imienia i nazwiska ofiara spoczywająca w pszczyńskiej mogile.

Fotografia ze zbiorów Miejsko-Powiatowej Biblioteki Publicznej w Pszczynie
W przypadku pozostałych pochowanych – łącznie to około 135 osób – znane są numery obozowe tylko wspomnianych 35 ofiar z Ćwiklic. Na ich podstawie podjąłem starania mające na celu identyfikację zabitych, aby choć w ten sposób oddać sprawiedliwość i godność tym, których przepełnieni chorą ideologią Niemcy pozbawili człowieczeństwa w każdy możliwy sposób.

Kim byli zamordowani spoczywający w Pszczynie?
Po zamordowanych na ziemi pszczyńskiej pozostały jedynie kości – nieme świadectwo brutalności historii. Anonimowość, która je otacza, stanowi nie tylko kolejną warstwę tragedii, lecz także wyzwanie moralne i historyczne. Największym zadaniem jest przywrócenie im godności – ocalenie ich od bycia jedynie liczbą w statystykach wojny, jednym z wielu bezimiennych świadków zagłady. Każda mogiła skrywa człowieka – osobę z własnymi marzeniami, rodziną, planami i nadzieją na przyszłość, którą brutalnie przerwał los. Próba przywrócenia tożsamości choćby jednej ofierze to coś więcej niż akt pamięci. To także gest sprzeciwu wobec dehumanizacji, która towarzyszyła zbrodniom wojennym. Odtworzenie losów tych ludzi staje się próbą ożywienia fragmentu historii, oddania im należnego miejsca w pamięci zbiorowej oraz uczczenia ich życia, które zasługiwało na coś więcej niż anonimowy koniec.
Pamięć o nich jest naszym obowiązkiem. W ich milczeniu odnajdujemy naszą odpowiedzialność – by nie zapomnieć, by nazywać rzeczy po imieniu, by walczyć o prawdę i zachować ludzkie losy od zapomnienia. Czasami wystarczy jedno imię, by uczynić ich historię mniej anonimową, by przywrócić im człowieczeństwo, które próbowano im odebrać.
Na podstawie zachowanej dokumentacji obozowego i pszczyńskiego archiwum, a także ćwiklickiej kroniki, udało mi się wstępnie ustalić personalia zaledwie, albo może aż dziewięciu ofiar, z których dwie bez najmniejszych wątpliwości spoczywają w Pszczynie. Potwierdzenie tożsamości siedmiu pozostałych osób wymaga jeszcze przeprowadzenia kwerend i badań, dlatego nie decyduję się jeszcze na ich opublikowanie, aby nie popełnić błędu.
Barbara Górecka z Warszawy
Jako pierwszą udało mi się zidentyfikować Barbarę Górecką z Warszawy, która w szkolnej kronice i sporządzonym na potrzeby ekshumacji spisie ofiar figuruje jako „Polka nr 87742 mężatka”. Wiadomo, że urodziła się 7 listopada 1882 roku, a do Auschwitz-Birkenau deportowana została 4 września 1944 roku z obozu przejściowego w Pruszkowie, do którego trafiła wypędzona z domu w trakcie powstania warszawskiego.
Magdalena Goedkoop z Amsterdamu
O drugiej z ofiar – Żydówce z numerem 76126 – dzięki wytężonej pracy i godzinach poszukiwań udało mi się ustalić znacznie więcej informacji. To Magdalena Goedkoop z Holandii, która przyszła na świat 18 marca 1893 roku w Amsterdamie, w którym spędziła niemal całe życie, zawarła dwa związki małżeńskie i urodziła dzieci. Pochodziła z zamożnej rodziny o sefardyjskim rodowodzie, która w drugiej połowie lat 70. XIX wieku czasowo mieszkała w Paryżu.
Magdalena była najmłodszym dzieckiem szlifierza diamentów Jacoba Leviego Corpera (7.12.1850-5.03.1941) i Rebekki z domu Vleeshhouwer (12.04.1851-28.10.1925). Miała przynajmniej ośmioro starszego rodzeństwa: Judith (ur. 22.02.1871), Magdalenę (1872-3.08.1872), Tobiasa (ur. 07.12.1873), Esther (ur. 24.05.1876), Sarę (ur. 20.04.1878), Naatje (ur. 5.04.1884), Vrouwtje (ur. 31.08.1886) i Leviego Jacoba (ur. 28.07.1889).
1 grudnia 1915 roku mężem Magdaleny został komiwojażer Mozes Asser Visser, urodzony 9 maja 1893 roku w Utrechcie, syn Davida i Susanny z domu Poppers. Z tego związku na świat przyszły dwie córki: Rebekka (ur. 24.11.1912) i Susanna (ur. 6.08.1916), które swoje imiona otrzymały na cześć swoich babek. Małżeństwo to prawdopodobnie nie było zbyt udane, ponieważ 4 czerwca 1929 roku amsterdamski sąd orzekł jego rozwiązanie. Niecały rok później Magdalena – która wróciła po rozwodzie do nazwiska rodowego – ponownie stanęła na ślubnym kobiercu. 17 kwietnia 1930 roku jej drugim mężem został urzędnik Albertus Goedkoop, chrześcijanin, urodzony 22 września 1889 roku w Amsterdamie, syn Woutera i Anny Marii z domu Buijs.
Internetowy serwis Joods Monument, poświęcony holenderskim ofiarom Holocaustu, podaje, że Magdalena wraz z córkami – zapewne także i niewymienionym mężem – mieszkała w Amsterdamie na pierwszym piętrze kamienicy przy Bilderdijkkade 9 w dzielnicy Da Costabuurt. Rodzina zapewne utrzymywała się z urzędniczej pensji Albertusa, a wsparcie domowego budżetu zapewniała także Rebekka, która z zawodu była modystką. Magdalena również miała fach w rękach, ponieważ w młodości za sprawą ojca nabyła umiejętności cięcia i szlifowania diamentów. Wiadomo jednak, że podczas II wojny światowej nie praktykowała już swojego zawodu w żadnej z amsterdamskich firm diamentowych, co potwierdziła kwerenda w dostępnym on-line archiwum Powszechnego Związku Holenderskich Pracowników Diamentowych (Algemene Nederlandse Diamantbewerkersbond).
Po wybuchu II wojny światowej Holandia zachowała neutralność, która jednak została pogwałcona 10 maja 1940 roku atakiem wojsk III Rzeszy, które zajęły kraj. Od tego momentu miejscowa ludność żydowska stała się obiektem dyskryminacji, prześladowań, a ostatecznie fizycznej eksterminacji.
Życie członków rodziny Corperów stawało się coraz cięższe w związku ze stopniowym wprowadzaniem przez niemieckiego okupanta kolejnych i coraz to bardziej uciążliwych w normalnym funkcjonowaniu ograniczeń dla Żydów. Magdalena jako żona nie-Żyda znalazła się najlepszym położeniu spośród wszystkich swych krewnych. Należy zaznaczyć, że Holendrzy zostali uznani za pełnowartościowych rasowo przedstawicieli rasy germańskiej nadających się do przekształcenia w partnerów Niemiec w przyszłej, podporządkowanej III Rzeszy Europie. Dlatego też małżeństwo z Albertusem przez długi czas chroniło ją przynajmniej przed deportacją.
Rok 1942 był początkiem najgorszego, które miało nadejść dla mieszkających w okupowanej Holandii Żydów. W styczniu niemal wszystkich usunięto z prowincji i w większości skoncentrowano w Amsterdamie. Ponadto specjalnym miejscem odosobnienia dla Żydów holenderskich stał się obóz przejściowy w Vught, z kolei Żydów-obcokrajowców i Żydów bez obywatelstwa – których w większości stanowili uchodźcy z Niemiec i Austrii – zsyłano do obozu przejściowego w Westerbork. 29 maja wprowadzono nakaz noszenia na piersi identyfikacyjnej naszywki w postaci żółtej gwiazdy Dawida. Latem natomiast odjechały pierwsze transporty do obozów zagłady.
Magdalena podczas wojny była świadkiem szybkiego kurczenia się własnej rodziny, choć pierwsze odejścia następowały jeszcze w sposób naturalny. I tak 5 marca 1941 roku pożegnała ojca, natomiast pięć miesięcy później – 11 sierpnia – najstarszą siostrę Judith, po mężu Vischschraper.
20 lipca 1943 roku w trzydniową katorżniczą podróż do obozu śmierci w Sobiborze wysłani zostali: córka Rebekka i jej poślubiony 12 listopada 1942 roku w Westerbork mąż Heimann Rosenbach, urodzony 12 czerwca 1917 roku w Amsterdamie. Był to ostatni spośród dziewiętnastu transportów, które wyruszyły z Holandii do tego ośrodka masowej zagłady, w którym znalazło się 2209 osób. Łącznie do Sobiboru wysłano w ciągu pięciu miesięcy 34 313 holenderskich Żydów, z których II wojnę światową przeżyło zaledwie 19 osób.
Los nie oszczędził także byłego męża Magdaleny, który trafił do obozu pracy przymusowej w Siebersdorf, filii KL Auschwitz, gdzie w nieludzkich warunkach pracował przy przebudowie trakcji i stacji kolejowej. Zamordowany został 30 listopada 1942 roku, a jego ciało, jak i wielu innych zabitych współtowarzyszy pochowane jest w nieustalonym miejscu w pobliżu cmentarza katolickiego w Zebrzydowicach, gdzie od sierpnia 1942 do marca 1944 roku działał wspomniany obóz.
Kolejnymi ofiarami zbrodniczej machiny stał się brat Magdaleny – kupiec Levie Jacob Corper, którego aresztowano 4 kwietnia 1944 roku w Hilversum, niewielkim mieście położonym na południowy wschód od Amsterdamu. 19 maja wraz z żoną Heintje z domu Hammel (ur. 11.01.1888 w Amsterdamie) został wysłany w transporcie liczącym 699 osób do Auschwitz-Birkenau, gdzie po przybyciu 21 maja zgładzono ich w komorach gazowych. Pobytu w oświęcimskim obozie nie przeżyli także ich dwaj urodzeni w Borgerhout synowie: Jacob (6.12.1912-31.05.1944) i Israel (ur. 17.04.1914) z żoną Hertą z domu Salomon (ur. 28.08.1918 w Treisie), którą poślubił 21 sierpnia 1940 roku. Pierwszy z wymienionych związany był z branżą diamentową. Od 1941 roku ukrywał się w związku z działalnością w ruchu oporu i na rzecz Komunistycznej Partii Holandii, dla której m.in. kolportował pisma De Tribune, De Waarheid i Aetherflitsen. 5 sierpnia 1943 roku został aresztowany w Amsterdamie, po czym zesłany do obozu. Drugi z synów planował przedostać się do Szwajcarii. Zadenuncjowany, wraz z żoną został aresztowany przez swojego przełożonego na głównym dworcu kolejowym w stolicy Holandii. Podczas gdy Israel z Hertą przebywali w Hollandsche Schouwburg – miejscu koncentracji osób przed deportacją – ich urodzone w 1941 roku dziecko zostało przemycone przez ruchu oporu ze znajdującego się naprzeciwko żłobka, dzięki czemu przeżyło wojnę. Corperów ostatecznie wysłano 28 maja 1942 roku w transporcie liczącym około 620 osób do Auschwitz. Wiadomo jedynie, że Israel pozytywnie przeszedł selekcję i oznaczony został numerem 57936. Los jego małżonki zaraz po przybyciu 30 maja pozostaje nieznany.
Ponadto z rodziny Magdaleny ofiarami Holocaustu padli: szwagier Simon Vischschraper, jego syn Benjamin i córka Rebecca oraz siostrzenica Rebekka de Vos. Nieznany jest natomiast los jej drugiego męża.
Pozbawiana stopniowo kolejnych członków rodziny Magdalena mieszkała w Amsterdamie niepewna swojej przyszłości. W połowie marca 1944 roku została zatrzymana podczas masowych aresztowań Żydów pozostających w związkach mieszanych. Osadzono ją w obozie przejściowym w Westerbork, skąd 23 marca wyruszyła w dwudniową podróż w nieznane, którym okazało się Auschwitz-Birkenau, miejsce kaźni – o czym sama oczywiście nie wiedziała – wielu bliskich jej osób. Była to już końcowa faza deportacji holenderskich Żydów, dlatego też transport, w którym znalazła się Magdalena, idealnie ilustruje jego charakter. Składał się on z dwudziestu wagonów, w których stłoczono 599 nieszczęśników, w tym 54 dzieci. Byli to przede wszystkim schwytani ukrywający się, osoby, które z bardzo różnych powodów zwolnione były do tej pory z deportacji (m.in. pracownicy diamentowi, pionierzy palestyńscy, osoby w związkach mieszanych oraz z częściowym żydowskim pochodzeniem), a także niewielkie grupy Żydów, które do tej pory umknęły uwadze władz niemieckich (m.in. pacjenci szpitala psychiatrycznego w Woensel i Żydzi tureccy).
Szczególną grupę w transporcie stanowili – nieco uprzywilejowaną od reszty – Żydzi w związkach mieszanych, a także pół-Żydzi, których zbiorczo określano terminem Schutzhäftlinge. Ich los przez dłuższy czas był niepewny, jednak zdecydowano się, aby po przyjeździe do Auschwitz zaoszczędzić im selekcji i od razu przyjąć do obozu. Dla Magdaleny, która w chwili przybycia miała 50 lat, było to unikalną szansą na dalsze życie, której selekcjonujący lekarze niemieccy zazwyczaj nie dawali pięćdziesięcioletnim kobietom. Po przebytej kwarantannie wytatuowano jej na przedramieniu numer 76126, a tym samym – tak jak innych więźniów skierowanych do pracy – pozbawiano ją własnej tożsamości, ostatniej namiastki człowieczeństwa.
W archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau przechowywana jest kopia zaledwie jednego związanego z Magdaleną dokumentu. To karta zatrudnienia, do której wpisano jej personalia, narodowość, datę urodzenia, numer obozowy i wyuczony zawód. Mimo że nie dowiadujemy się z niej, co dokładnie robiła w obozie i gdzie pracowała, to jednak formularz ten stanowi dzisiaj jedyne i niezwykle cenne świadectwo, które umożliwiło identyfikację jednej z uczestniczek marszu śmierci, której życie brutalnie przerwano w Ćwiklicach. I choć w internetowym serwisie Joods Monument widnieje informacja, że Magdalena Goedkoop zginęła 29 stycznia 1945 roku w Europie Środkowej, to dzisiaj już wiemy, że jej śmierć nastąpiła dziesięć dni wcześniej. Wiemy już gdzie! Wiemy też, gdzie znalazła wieczny spoczynek!

Ze zbiorów Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau
Przygotowując ten tekst w 2020 roku, który opublikowałem dla „Głosu Pszczyńskiego”, skontaktowałem się z kilkoma osobami, które przypuszczałem, że mogą być krewnymi lub mają jakikolwiek kontakt z potomkami Magdaleny Goedkoop. Moim wielkim pragnieniem jest, aby znalazł się ktoś jej bliski, któremu będę mógł powiedzieć, że w niewielkim miasteczku na Górnym Śląsku udało się przywrócić tożsamość jednej z ofiar ludobójstwa, która być może jest czyjąś babcią, prababcią, ciocią…

Niestety poszukiwania na razie nie przyniosły pozytywnych rezultatów. Jednak nadal tkwi we mnie promyk nadziei, tym bardziej że wojnę przeżyła najmłodsza córka Magdaleny – Susanna, po mężu van Leeuwen, zmarła 7 sierpnia 2000 roku – a także dwie siostry: Sara, po mężu de Vos i Naatje, po mężu Kapper oraz kilku siostrzeńców i siostrzenic.
Podobne nadzieje żywię oczywiście także w przypadku Barbary Góreckiej, której rodzina być może nadal mieszka w Warszawie i do dzisiaj nie wie, gdzie spoczywa ich krewna. Liczę bardzo, że ten tekst przyczyni się do ich odnalezienia.
Mogiły ofiar Marszu Śmierci na ziemi pszczyńskiej są jest tylko miejscem spoczynku. Są przestrogą, świadectwami tragicznego losu i wołania o pamięć. Bo choć imion większości spoczywających w nich ofiar nigdy nie poznamy, to nasza pamięć sprawi, że nie będą tylko cieniami. Byli oni LUDŹMI, których los zasługuje na opowiedzenie.
© Dr Sławomir Pastuszka